TOM DRUGI
4. Nie baw się w Felicję
23.02.1987
Wszystko było już jasne. Ja i Jeff mamy zamieszkać w pięknym domku na obrzeżach Los Angeles, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzać. Jeffrey spokojnie będzie mógł tworzyć, a ja zajmować się rzeczami bardziej przyziemnymi jak... Jak, co? Nigdy nad tym nie myślałam. W końcu, Jeff zostanie gwiazdą, muzykę będzie tworzył tak jak teraz, a może nawet poświęci temu więcej czasu. A co ze mną? Co teraz będę robić? Do tej pory zawsze miałam z kim porozmawiać, ponieważ w domu jest Felicja, która rozumie mnie jak nikt. Może nie mamy zbytnio wspólnych zainteresowań, ale jednak. A Jeffrey? Jeffrey'a jeszcze mniej obchodzą zakupy niż Felicję! Jego to mało, co obchodzi, choć pewnie inni by się nie zgodzili... Felicja wiele razy mi mówiła, że marudzę, bo tak naprawdę jestem oczkiem w głowie Jeffa, ale ja tego nie widzę. Nie poświęca mi on za dużo czasu. Oczywiście nie wymagam od niego nie wiadomo czego, ale... Może chociaż raz w tygodniu byśmy gdzieś poszli? Może chociaż raz powiedziałby mi coś miłego będąc trzeźwym? A może już niedługo to zrobi? Przecież mieszkając ze mną nie będzie tyle pił i ćpał, co najważniejsze, jak teraz. Na to, to ma zakaz i koniec. Cholera, nie będzie mu łatwo. Ale mi też.
Wybijałam jakiś rytm na szafce nocnej znajdującej się koło łóżka, na którym leżałam wbita całym ciężarem w poduszkę. Jeffrey siedział w nogach i grał na gitarze nucąc pod nosem jeden z ich utworów na płytę. Szczerze, to nawet jej nie słuchałam, nie było czasu, choć, tan naprawdę, nie interesowało mnie to. Nie chciało mi się ich słuchać, nie chciałam słyszeć głosu Axla. Denerwował mnie za każdym razem, kiedy się odezwał, więc niby dlaczego miałam jeszcze słuchać jego głosu w piosenkach? Gdyby Jeffrey je wszystkie śpiewał albo nawet Duff, to bym posłuchała, jednak Rose... Nie. Zbyt wiele się nasłuchałam jego kłótni z Erin, zbrzydł mi ten człowiek. Ogólnie jest dobry, wiem o tym, ale, niestety, częściej wychodzi z niego to, co złe. Właśnie on jest jednym z powodów, dla których tak bardzo chcę opuścić Hellhouse. Nawet, gdybyśmy nie mieli pieniędzy, to opuściłabym ten dom ze względu na humory Axla. Może, gdyby zachowywał się inaczej, to by mi się tak nie spieszyło, jednak wygląda na to, że nic się nie polepszy, a jeśli Erin chce tak żyć, to proszę bardzo. Nie mogę jej tego zabronić, to jej życie.
Spojrzałam na Jeffa ze smutnymi oczami i delikatnie trąciłam go stopą.
– Jeffrey, proszę cię – jęknęłam. – Zabierz mnie gdzieś.
Spojrzał na mnie spod czarnych włosów wpadających mu do oczu i bąknął coś pod nosem.
– Co? – zapytałam, prostując się.
– Kazałem ci zostawić mnie w spokoju – warknął cicho.
Otworzyłam szeroko oczy i rzuciłam mu zaskoczone spojrzenie. On jednak nic nie powiedział, tylko powrócił do grania. Nie rozumiałam go, nie miałam pojęcia dlaczego jest taki oschły, do cholery! Co znów zrobiłam?
– To dlatego, że nie jestem zainteresowana waszą płytą? – spytałam pełznąc bliżej niego. – Wiesz przecież, że podoba mi się to, co tworzysz, Jeff...
– Nie o to chodzi – mruknął i odsunął mnie od siebie. Jednak ja nie ustępowałam i z powrotem przyległam do jego pleców. – Nat, zostaw mnie, proszę cię.
– Teraz to cię nie zostawię. Musisz mi powiedzieć, co się stało.
Niespokojnie się poruszył, jednak spróbował zacząć grać dalej. Niestety, nie wyszło mu.
– Natalie, cholera, nie baw się w Faith, tylko zostaw mnie, kurwa!
Wydarł się nawet na mnie nie patrząc. Nie zamierzałam się w nic bawić, nie udawałam niczego, chciałam po prostu wiedzieć, co się takiego stało, że ma zły humor. Ale on wciąż myśli, że mam gdzieś innych, że... Cholera! O co tu chodzi? Przecież ja mu nic nie zrobiłam, oczekuję jedynie odrobiny zainteresowania z jego strony. Poświęcenia jakiegoś dla tego związku. Przecież mamy zamiar zamieszkać razem! Co on sobie myśli? Że jak będziemy mieszkać w większym domu to on się gdzieś zaszyje, ja czymś się zajmę i będziemy się przez cały czas unikać i przemykać niczym duchy? Nie ma mowy! Jeffrey Dean Isbell powie o co chodzi albo... Albo, co? nie będę go przecież szantażować, nie chcę też się kłócić, choć...
– Jeffrey, o co ci chodzi? – spojrzałam na niego nakazując coś powiedzieć. On jednak wolał dalej grać, udając, że mnie nie słyszy. – No hej, ja tu jestem...
– Wiem, widzę cię – odpowiedział nie spuszczając wzroku z gitary.
Dość. Po prostu z nim nie da się wytrzymać, potrafi tak popsuć humor, że nie można się pozbierać. A najgorsze jest to, że ignoruje! Jakby nie wiedział, że to dla mnie jest najcięższą z kar. Dobra, niech mnie każe, ale najpierw mógłby powiedzieć za co, a nie!
– A ja mam wrażenie, że jest przeciwnie. – Odgarnęłam sobie włosy z szyi i usiadłam obok niego.
– Mylisz się.
– Mów mi, Jeffrey, ja chcę wiedzieć.
Spojrzał na mnie po raz pierwszy od jakiegoś czasu. W oczach nie dało się nic wyczytać, choć nie był wcale naćpany czy też nietrzeźwy. Po prostu... Nic.
– Chodzi o tą pieprzoną wyprowadzkę – mruknął znów zwracając wzrok ku gitarze. – Czuję się głupio z tym, że zostawimy Faith samą. Wiem, że ma pieniądze, ale... Nieważne. – Dotknął instrumentu z wyczuwalną delikatnością. – Nie będzie ci gorzej bez nich?
– Nie. Może nawet lepiej, bo mam dosyć waszych ciągłych wrzasków i tego burdelu. Aż niedobrze się robi.
Zerknął na mnie znacząco, jednak szybko uciekł wzrokiem, czekając na moją reakcję.
– Jeff... – jęknęłam opadając na pościel. – Nie karz mi rozmyślać nad tym, co z innymi, bo naprawdę, zaraz się nie wyprowadzimy albo kogoś adoptujemy.
– Ale ten ktoś by tego nie chciał, wyprze się wszystkiego i uda, że jej tak dobrze.
- A jeśli jest dobrze?
- A jeśli jest dobrze?
– Obydwoje wiemy, ze tak nie jest i że musimy podziękować – odparł. – A tobie przydałaby się wizyta u fryzjera. – Dotknął mojej roztarganej grzywy.
– Musimy?
– Ja i chłopaki, Natalie, nie martw się, nic nie musisz robić, słońce...
* * *
Krzątałam się w kuchni, z której co chwila słychać było pukanie talerzy. Cicho nuciłam pod nosem Somebody To Love, uśmiechając się przy tym. Przydałoby mi się, rzeczywiście, żeby ktoś znalazł mi kogoś do kochania. Tak żeby było pięknie, żebym nie musiała się martwić, że nie będę nie miała nikogo. Że jest coś ze mną nie tak... Boże, czy to nie robi się ze mnie, raczej, coś na kształt osoby desperacko szukającej ukochanego? Oj, nie jest jeszcze tak źle, ale o czym ja myślę? Nie będę musiała się martwić, że nie mam nikogo, o, to jest wręcz okrutne z mojej strony. Ale przecież nie szukam takiej osoby, nie powinno się szukać w ogóle. Powinno się czekać. Szukanie wiąże się z cierpieniem którejś strony – albo kobiety, albo mężczyzny. A ja nie chcę, żeby któreś z nas cierpiało. Ja wolę czekać. Nawet jeśli miałabym się nie doczekać. Wtedy mówi się trudno, nie przyszło, a to znaczy, że nie było mi to pisane. Jednak z drugiej strony brzmi to tak, jakbym... Cholera! Zawsze coś! Koniec z takim rozmyślaniem, czas kogoś zawołać!
– Ma... – urwałam, słysząc pukanie do drzwi.
Kto normalny puka do tego domu?
Mrucząc pod nosem przeróżne przekleństwa, ruszyłam do drzwi. Udusić normalnie można. A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że tylko ja jestem w tym domu! Tak! Wszyscy siedzą sobie w pokojach, udając, że ich tam, tak naprawdę, nie ma. Nie! Zupełnie nie!
Otworzyłam stare drzwi, które cicho skrzypnęły.
Za nimi stał on, patrząc się na mnie całkiem poważnie.
Nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć, w końcu nie widziałam go tyle czasu. To było aż dziwne, że przyszedł tutaj, choć może zrobił to z uwagi na chłopaków... Cholera, nie, nie tak, znów myślę źle. Jak zawsze, zresztą.
Zadarłam głowę wyżej, żeby spojrzeć w jego ciemne oczy. Zero reakcji. Nie wytrzymałam i tak po prostu do moich oczu napłynęły łzy. Nie chciałam tego, nawet nie wiedziałam dlaczego aż tak przejęłam się odwiedzinami Stevena. Dlaczego mnie to tak dotknęło, wiedząc, że jest tu dla mnie. Tak jak kiedyś. Cholera! Brakuje jeszcze tego, aby on powiedział, że tak naprawdę to jest tu dla towaru Izzy'ego!
– Wpuścisz mnie? – zapytał w końcu patrząc na moją twarz, mokre od łez policzki...
– Nie. – Sama nie wiem czemu to powiedziałam, nie mam pojęcia, co mną wtedy targnęło.
Ale najważniejsze było to, co jego wtedy poniosło, ponieważ tak po prostu wszedł do domu trzaskając drzwiami. Złapał mnie za dłoń i pociągnął na górę, do mnie. Czyli tam, gdzie nie zamierzałam go już nigdy więcej wpuszczać.
...............................................
Jestem zaskoczoną własnym postępowaniem. Rozdział pojawił się siedem dni po trzecim, szokujące, nie? XDD
Nie mam tu nic do powiedzenia, bo tak, bo nie ma o czym dzisiaj gadać. Nic mi do głowy nie przychodzi, więc lepiej już pójdę, bo będę gadać o głupotach. A tego nikt nie chce. XD
Także, do zobaczenia przy następnym!
