Wstęp
Wrzesień, 1986
Jak zwykle o tej porze, wstawiłam sobie wodę na herbatę i czekając na cud, jakim miało być zejście na dół Natalie, usiadłam przy białym, małym stoliku w kuchni. Tym razem na jego blacie nie leżały nowe czasopisma przyniesione przez Nat bądź Axla, tylko starocie, z których informację znałam już na pamięć. I moje wzdychanie nic by tu nie dało, bo i tak nikt by tego nie usłyszał i nie poszedłby po nową gazetę. W końcu byłam sama w pomieszczeniu... Choć, nawet gdyby ktoś tu ze mną był to i tak sam z siebie po gazetę by nie poszedł. Musiałabym błagać godzinami i dopiero wtedy, kiedy sama bym po nią ruszyła, któryś z domowników, na złość mi, wyprzedziłby mnie. Uroki mieszkania z piątką mężczyzn.
Wstałam od stolika i przeszłam w głąb kuchni, w poszukiwaniu filiżanki do herbaty. Oczywiście w szafce zalśniła pustka, a wszystkie kubki, filiżanki czy też szklanki leżały w zlewie. Ni to czyste, ni to brudne - jak zwykle. Zawsze zastanawiałam się, kiedy oni zaczną po sobie sprzątać, w końcu są dorośli, już wszyscy; mogą kupować sobie alkohol, chodzić tam gdzie chcą (co i tak robili od dawna), robić po prostu wszystko. Ale to oznacza również, że muszą odpowiadać za obowiązki domowe! Już od dawna powinni to robić! Pomóc i nie tylko jednorazowo, nie raz na rok. I chyba pora wbić im to do rozumów. Po raz kolejny.
- Felicja, czyś ty zwariowała? - ufarbowana teraz na czerń, głowa Natalie pojawiła się w drzwiach. - Wiesz, która godzina?
- Coś z rana - mruknęłam niewyraźnie. - Przecież nie byłam głośno.
- Ale nie było cię w pokoju i musiałam więcej chodzić.
- Zabawne.
Posłała mi tylko mordercze spojrzenie, po czym, owijając się w szary szlafrok, opuściła pomieszczenie. Do moich uszu dobiegł dźwięk zamykanych drzwi, który oznaczał, że ktoś wreszcie poszedł po gazetę.
Nie wiem jak było na dworze, ale po wyrazie twarzy jaki miała, gdy wróciła, można było rozpoznać, że nie grzało. Raczej na zewnątrz panowała wszechobecna lodówka. Dlatego też, Natalie jak tylko weszła, rzuciła mi gazetę przed nos, po czym ruszyła na górę mrucząc coś o tym, że idzie po sweter. Nawet się tym nie przejęłam, bo co? Najwyżej będzie mi marudzić, ze chora jest. Ale to nie ja kazałam jej iść po gazetę! Fajnie, nie?
Wyłączyłam gotującą się wodę, zalałam do, wcześniej umytej, filiżanki, po czym opadłam na fotel w salonie, gdzie już czekała na mnie porcja nowych informacji. Może i nie zawsze mnie interesowały, ale czymś czas było trzeba zająć, bo było go za dużo. Szczególnie w dzień wolny od pracy, każdej jaką wykonywałam - i tej domowej, i tej poza nią. Chłopaków nie było, ponieważ już wczoraj wyjechali dać występ w jakimś barze i raczej nie mieli wrócić za szybko. Przeważnie zdarzało im się wracać dwa dni po koncercie, bo w końcu trzeba go gdzieś opić. Tak. Oni MUSZĄ to zrobić, gdyby nie, to złamaliby jakąś tam swoją pieprzoną zasadę. Lub przyjemność. Jak kto woli. Nawet Natalie zaczęło to denerwować, co oznacza, że nie jestem jakaś przewrażliwiona. Choć... Ona myśli o ślubie z Izzy'm, co znaczy, że może jednak jesteśmy przewrażliwione. Troszeczkę.
Pukanie do drzwi.
Właśnie w tym momencie znalazłam się na drugiej stronie szarej gazety, jednak czy tego chciałam, czy nie, musiałam wstać i otworzyć. A może nie? Bo jednak, jeśli nie chcę, to nie muszę wpuszczać nikogo do własnego domu. Mogę tak po prostu się tu zaszyć i siedzieć, kontaktując się jedynie z chłopakami i Nat. Ale to byłoby niezdrowe. Lepiej jest wpuszczać, nawet nieznajomych. Stop, nie...
- Faith... - moim oczom ukazała się zapłakana twarz Corrine. - Faith, on nie żyje, rozumiesz?! - nie wiedziałam kogo ma na myśli, jednak uderzyło mnie to. Choć z drugiej strony odezwała się moja wredna strona, która mówiła, że wszyscy ciągle tylko tu z problemami przychodzą. Fakt, w sumie... Ale!
- Kto nie żyje? - zapytałam cicho wpuszczając roztrzęsioną dziewczynę do środka.
Spojrzała na mnie wzrokiem pełnym cierpienia. Nie chciałam na to patrzeć, samo już spoglądanie na nią przyprawiało o rozpacz. Cholera. A jeśli...?
- Cliff... - wyłkała.
- Jasna cholera, kto znów do nas przylazł? Jeśli znów jakiś kłopot, to mam to w dupie! - i Natalia powiedziała to, co myślałam ja trochę wcześniej.
Jednak... Nie zrozumiałam nic. Burton miał nie żyć? Pieprzony, słaby żart.
____________
Witam, mamy początek tomu drugiego.
Nie wiem, tak naprawdę, co mam tu napisać, więc zostawię to dla Was. Jeśli ktoś ma jeszcze na to ochotę, oczywiście.
- Felicja, czyś ty zwariowała? - ufarbowana teraz na czerń, głowa Natalie pojawiła się w drzwiach. - Wiesz, która godzina?
- Coś z rana - mruknęłam niewyraźnie. - Przecież nie byłam głośno.
- Ale nie było cię w pokoju i musiałam więcej chodzić.
- Zabawne.
Posłała mi tylko mordercze spojrzenie, po czym, owijając się w szary szlafrok, opuściła pomieszczenie. Do moich uszu dobiegł dźwięk zamykanych drzwi, który oznaczał, że ktoś wreszcie poszedł po gazetę.
Nie wiem jak było na dworze, ale po wyrazie twarzy jaki miała, gdy wróciła, można było rozpoznać, że nie grzało. Raczej na zewnątrz panowała wszechobecna lodówka. Dlatego też, Natalie jak tylko weszła, rzuciła mi gazetę przed nos, po czym ruszyła na górę mrucząc coś o tym, że idzie po sweter. Nawet się tym nie przejęłam, bo co? Najwyżej będzie mi marudzić, ze chora jest. Ale to nie ja kazałam jej iść po gazetę! Fajnie, nie?
Wyłączyłam gotującą się wodę, zalałam do, wcześniej umytej, filiżanki, po czym opadłam na fotel w salonie, gdzie już czekała na mnie porcja nowych informacji. Może i nie zawsze mnie interesowały, ale czymś czas było trzeba zająć, bo było go za dużo. Szczególnie w dzień wolny od pracy, każdej jaką wykonywałam - i tej domowej, i tej poza nią. Chłopaków nie było, ponieważ już wczoraj wyjechali dać występ w jakimś barze i raczej nie mieli wrócić za szybko. Przeważnie zdarzało im się wracać dwa dni po koncercie, bo w końcu trzeba go gdzieś opić. Tak. Oni MUSZĄ to zrobić, gdyby nie, to złamaliby jakąś tam swoją pieprzoną zasadę. Lub przyjemność. Jak kto woli. Nawet Natalie zaczęło to denerwować, co oznacza, że nie jestem jakaś przewrażliwiona. Choć... Ona myśli o ślubie z Izzy'm, co znaczy, że może jednak jesteśmy przewrażliwione. Troszeczkę.
Pukanie do drzwi.
Właśnie w tym momencie znalazłam się na drugiej stronie szarej gazety, jednak czy tego chciałam, czy nie, musiałam wstać i otworzyć. A może nie? Bo jednak, jeśli nie chcę, to nie muszę wpuszczać nikogo do własnego domu. Mogę tak po prostu się tu zaszyć i siedzieć, kontaktując się jedynie z chłopakami i Nat. Ale to byłoby niezdrowe. Lepiej jest wpuszczać, nawet nieznajomych. Stop, nie...
- Faith... - moim oczom ukazała się zapłakana twarz Corrine. - Faith, on nie żyje, rozumiesz?! - nie wiedziałam kogo ma na myśli, jednak uderzyło mnie to. Choć z drugiej strony odezwała się moja wredna strona, która mówiła, że wszyscy ciągle tylko tu z problemami przychodzą. Fakt, w sumie... Ale!
- Kto nie żyje? - zapytałam cicho wpuszczając roztrzęsioną dziewczynę do środka.
Spojrzała na mnie wzrokiem pełnym cierpienia. Nie chciałam na to patrzeć, samo już spoglądanie na nią przyprawiało o rozpacz. Cholera. A jeśli...?
- Cliff... - wyłkała.
- Jasna cholera, kto znów do nas przylazł? Jeśli znów jakiś kłopot, to mam to w dupie! - i Natalia powiedziała to, co myślałam ja trochę wcześniej.
Jednak... Nie zrozumiałam nic. Burton miał nie żyć? Pieprzony, słaby żart.
____________
Witam, mamy początek tomu drugiego.
Nie wiem, tak naprawdę, co mam tu napisać, więc zostawię to dla Was. Jeśli ktoś ma jeszcze na to ochotę, oczywiście.