piątek, 3 kwietnia 2015

XXXII




28.03.1986

- Boję się.
- Steven...
- Boję się, że ją zapomnę, Faith - wyszeptał blondyn zaciskając ręce na bukiecie kwiatów. - Spójrz na moje życie. Za szybko to wszystko leci. Raz mamy pieniądze, innym razem nie mamy już z czego żyć. Tak naprawdę to nie wiem czy będziemy kiedykolwiek sławni. Przecież możemy zostać na tym poziomie, nic nie warte dzieciaki, które żyły marzeniami za bardzo. Przez moje życie przewinie się pewnie wiele kobiet, bo pieniądze trzeba skądś brać, a ja do roboty się nie nadaję. Nie chcę, tak naprawdę. Boję się. Kiedy ją poznałem wszystko było inne, poczułem się lepiej. Czułem, ze mam kogoś, kogo kocham. Kogoś kto i mnie kocha. Wszyscy biorą mnie tu za debila, pieprzonego chorego umysłowo. Nikt nie liczy się tu z moim zdaniem. A ona... Kochałem ją. Kocham nadal, Faith, rozumiesz? Ale małe są szanse, że kurwa, nie zapomnę. Że w mani narkotyków, alkoholu i tych dziwek w pewnym momencie pomyślę sobie, że ,,kim jest Rosemary? Kim była ta kobieta? Znaczyła coś?". A znaczy. Jestem tylko prostym chłopcem, który nigdy nie stracił maski dziecka. Ale tylko na zewnątrz. Jestem mądrzejszy niż myślicie.
 Siedzieliśmy razem na cmentarzu, na ławce przed grobem Rosemary. Obydwoje wpatrywaliśmy się w płytę nagrobkową i przez jakiś czas panowała między nami cisza, dopóki to Steven nie wyznał tego, co czuje. Nie wiedziałam czy to wina wcześniej spożytego alkoholu czy naprawdę chciał mi to powiedzieć. Ale miał rację, to na pewno. Kto wiedział, co będzie za rok, dwa? Nikt nie mógł tego przewidzieć. Każdy z nich mógłby pójść w swoją stronę, zespół mógłby się rozpaść. Nie bylibyśmy już razem. Wszystko jest, tak naprawdę, możliwe. Przecież przeróżne używki mogą ich zniszczyć i nikt z nas nie będzie mógł zareagować, bo to przecież tylko zabawa. Tylko że Steven poruszył coś jeszcze: to jak go traktujemy. Naprawdę wygląda to właśnie tak? Czu uważamy go za, po prostu, idiotę? Ja... Nie. Nie myślę tak, nie pomyślałam tak nigdy. Ale czy udowodniłam to jakoś? Nie. Chyba nie potrafię...
 Podniosłam na niego wzrok. Nadal wpatrywał się w płytę nagrobkową, a w jego oczach zbierały się łzy. Nie chciałam, żeby płakał, żeby cierpiał. Nie chciałam, żeby mój Steve był smutny, nie zasłużył sobie na to. Prędzej ja. Rosemary nie powinna wyjść wtedy tak późno od nas. Nie powinna iść skrótem. Lepiej dla wszystkich byłoby, gdybym to ja zginęła. A przynajmniej dla Steve'ego. Nie cierpiałby teraz, nie tęsknił. Przecież on może nie znaleźć już takiej osoby jak Rosie. Może już nie kochać tak samo. To może już nie wrócić. Nigdy.
 Z jego oczu popłynęły pierwsze łzy, a ja przytuliłam go do siebie. Cicho łkał. Jedyne co w tej chwili robiłam to szeptałam mu słowa otuchy, choć nie wierzyłam, że może być lepiej.





10.04.1986

- No nie żartuj, nie pomogę mu przecież!
- Natalie, zrób to dla niego - zaśmiałam się.
- Jedyna osoba, dla której mogę marnować swoje zdrowie to Mel Gibson, a jak widać na załączonym obrazku, to nie on pomocy potrzebuje.
- Ale to twój Jeffrey...
Obydwie zaśmiałyśmy się i spojrzałyśmy na Isbella, który próbował dosunąć swoją walizkę. Niestety nie było mu to dane, z uwagi na to, że ubrania dosłownie poza nią wypływały, a gdy starał się ją zamknąć, zasunąć się nie dało. Nigdy nie pomyślałabym, że to właśnie Izzy będzie miał takie problemy. Z tej dwójki to raczej Nat ma takie zapędy, a tu taka niespodzianka. Żeby to Natalie spakowała mniej rzeczy od Stradlina? To już jest coś nie tak z nim, za dużo czasu bez niej, może? Wszystko jest tu możliwe, bo jeśli oni się zeszli, to teraz nawet kosmici mogą do nas przylecieć. Sami ich tu sprowadzą, bo wybuchowa z nich para. Cholera, dlaczego ja się cieszę z tego powodu? Przecież to nie mi się udało, tylko im. Boże, to już ten etap...
 Natalie i Jeffrey zrozumieli, że bez siebie żyć nie mogą, dlatego też wrócili do siebie zaraz po powrocie Nat z Polski. Mnie to nie dziwiło, wszystko widać było po oczach. I jej, i jego, nie potrafili tego ukryć. Kochali się po prostu. I... Jak na razie wszystkim się układa i wychodzi na to, że tylko ja i Steve nie potrafimy sobie w życiu poradzić. Czy to, że nie mamy nikogo źle o nas świadczy? Nie, Boże... Nie. Jesteśmy wolni i w pewnym sensie szczęśliwi, bo ja sobie radzić umiem, a Steven... Steven też. W pewnym sensie, tak. Nie cierpi tak bardzo jak na początku, a przynajmniej po ponad tygodniu przestał to okazywać. Postanowił nawet, że znajdzie sobie pracę, bo w domu usiedzieć nie może. Szokujące to było, bo jako pierwszy z Guns N' Roses odważył się to zrobić. No, może tak na stałe, bo Izzy również to zrobił. Dorabiał w sklepie muzycznym, żeby mieć pieniądze na wyjazd w rodzinne strony z Natalie. Uznał, że jest to dobry moment na to, żeby poznała jego rodziców, a Nat nic przeciwko nie miała, chyba.
- To pomoże mi któraś? - zapytał brunet zdejmując z głowy czarny beret. - Nie radzę sobie.
- Widać, Słońce - odparła Natalie śmiejąc się pod nosem. - Ja ci pomogę, nie martw się.
Podniosła się z kanapy, na której siedziała razem ze mną i przykucnęła przy walizce Jeffrey'a.
- Wyrzucimy to - powiedziała. - I jeszcze tamto, nie będzie ci potrzebne, nie jedziemy na jakieś przyjęcie, tylko do twoich rodziców! Tą koszule to też wywal, Jeffy, czy ty chcesz wyglądać przy nich lepiej? Przecież nawet nie lubisz takich ubrań!
- Tak jak teraz też nie mogę, wyglądam... Źle - odparł patrząc na swoją czarną koszulkę, która rzeczywiście nie prezentowała się najlepiej.
- Nie przesadzaj, to twoi rodzice. Przecież cię nie wyrzucą...
I właśnie tak dalej wyglądała ich rozmowa. Izzy upierał się, że nie może wyglądać tak jak zwykle, a Natalie, że rodzicom nie powinno robić to żadnej różnicy, bo jest ich dzieckiem. Ja nie wtrącałam się w to, bo jakoś mało interesowało mnie, co założy Stradlin, choć mógłby nie przesadzać z elegancją. Sama Nat nie przejmowała się tak bardzo tymi odwiedzinami, jak on. A w końcu to ona miała ich poznać, zrobić dobre wrażenie i... Tylko że ona jest pewna iż wywrze na nich dobre wrażenie, no przecież. W końcu to Natalia, nie ma co się dziwić.
 Uśmiechnęłam się delikatnie patrząc tak na nich, jednak ich kłótnia trwać dłużej nie mogła, tak samo moje obserwacje, ponieważ ktoś pomyślał, że może nas odwiedzić. No jasne, przecież jak ci się nudzi, wpadnij do Hellhouse, bo mieszka tu tak dużo osób, że ktoś na pewno musi być w domu! To oczywiste, a drzwi jak zwykle otworzyć musi... Slash? Cholera jasna, co się dzieje?! On ruszył dupę? To do niego...?
- Faith, dobrze, że jesteś. Nie widziałem cię okropnie długo, kurwa! Unikałaś mnie, do cholery?!
Do pomieszczenia wpadła dobrze znana mi osoba. Aż za dobrze. Nigdy nie dowiem się, dlaczego akurat mnie wybrał jako obiekt swoich zwierzeń. Nigdy nie dowiem się, dlaczego twierdzi, że jestem jego przyjaciółką. Nigdy nie dowiem się dlaczego, jestem mu bliska. Nigdy nie dowiem się, dlaczego go lubię. Nigdy też nie przyjdzie tutaj o dobrej porze, kiedy to będę miała ochotę go widzieć. Dlaczego nie możemy się po ludzku umówić? Tak jakoś... Za dwadzieścia lat, kiedy to będę za mało atrakcyjna dla niego? Kiedy to on nadal będzie wolał dwudziestki, a czterdziestki będą za stare? Dlaczego jestem młoda? Dlaczego jestem dla niego? Za dużo pytań, na które nikt mi nie odpowie. A na pewno nie on.
 Ale dla niego najważniejsze było to, dlaczego go unikałam, co robiłam świadomie, jednak nie przyznałam się do tego. Zasmuciłabym go tym. A chciałam tylko trochę spokoju, troszeczkę samotności, tylko ociupinkę czasu bez niego. Jednak nie jest mi to dane i raczej nie będzie, bo gdziekolwiek bym nie poszła, tam będzie Steven Tyler. Ewentualnie ktoś będzie o nim mówić. Ale to tylko i wyłącznie wina mojego wrodzonego pechu, i... Moja. To ja go do siebie dopuściłam. To ja mu pozwoliłam na to wszystko. To ja go wysłuchuję. To ja się z nim dobrze bawię. I to ja zgodziłam się na to, aby pójść z nim na spacer. Zostawiłam w domu ciekawą kłótnię Nat i Izzy'ego o ubrania i wyruszyłam na pieprzony spacerek po okolicy z pieprzonym Tylerem. Bo go lubię. Cholera, ja jego? Nie, na odwrót, zupełnie.
- Nienawidzę tego - powiedział w pewnym momencie.
- Czego? - spojrzałam na niego pytająco.
- Tych dni, w które cię nie ma - szepnął. - Czuję się samotny bez ciebie. Joe jest zajęty, reszta też. Zresztą, to nie to samo, co z tobą. Mówiłem ci już.
- Tak, mówiłeś, ale...
Nie dokończyłam. Nie chciałam nic mówić, a jedyne czego pragnęłam w tamtej chwili, to wrócić już do domu i położyć się. Nie miałam ochoty na chodzenie, co z tego, że pogoda piękna? Co z tego, że Steven Tyler chce ze mną rozmawiać? Ja chcę do domu.


________________

Cześć.
Po przemyśleniu wszystkiego, uznałam, że daję rady z nadrabianiem Waszych blogów. Nie mam na to chęci, źle się czuję. Z tym.
Postanowiłam jednak, że postaram się cokolwiek zrobić, ale... Nie spodziewajcie się mnie u siebie do czerwca, skreślcie mnie z listy. Przepraszam.
Sam rozdział mało mi się podoba, czuję, że nie wyszedł. Ale Wy chyba ocenicie lepiej, o ile ktokolwiek będzie jeszcze chciał tu przebywać.

Ps. Blog ma roczek. XD podziękowania będą później, bo się należą. ♥