Dla tych wszystkich, co tu jeszcze pozostali.
(czytać to z powagą, proszę, bo się starałam, żeby wyszło majestatycznie i elegancko, w sensie dedykacja)
I Don't Want To Miss A Thing: Rozdział 29
03.02.1986
- Cierpmy grupowo, w końcu była to ulubiona bluzka Erin... - powiedział Axl robiąc smutną minę.
- To ty będziesz cierpiał jak się dowie - oznajmił Izzy i z obojętnym wyrazem twarzy, wyszedł z zaświnionego salonu jednocześnie zapalając papierosa.
- Przecież nikt jej nie powie, prawda chłopaki? - zapytał, a Slash lekko się uśmiechnął. - Kurwa, Hudson, jak jej tylko powiesz to nie żyjesz, rozumiesz?!
- Spoko, stary, ja z nią przecież prawie, że w ogóle nie gadam. Nie pisnę ani słówka. Zluzuj majty, Rudy - odparł Mulat i z tym swoim uśmieszkiem poszedł w ślad za Stradlinem, tylko że Saul wybrał inny kierunek niż Izzy. Hudson poszedł do kuchni, gdzie czekałam na niego ja.
Podszedł od razu do lodówki i wyciągnął z niej piwo, które gościło w niej już od dwóch tygodni, kiedy to Mandy wybrała się na małe zakupy dla chłopaków.
- Natalie, słyszałaś? - jego głowa wyłoniła się zza drzwi lodówki.
- To o tej bluzce? - zapytałam uśmiechając się. Wiedziałam, że byli zdolni do wszystkiego, ale żeby przypadkowo wrzucić koszulkę do sedesu, a potem, kiedy była już wyprana, źle ją zawiesić, co doprowadziło do wywiania jej na ulicę, gdzie rozjechał ją samochód? To już przesada i szczyt upośledzenia umysłowego.
- Mhm - mruknął otwierając puszkę. - Powiesz jej czy ja mam to zrobić?
- Ty zginiesz, słyszałeś przecież. Ja to zrobię, choć myślę, że sama się dowie, bo nasza inteligentna część mieszkańców domu zostawiła ją na środku pokoju, a Erin już idzie...
- Co, gdzie? - przepchnął mnie i wyjrzał przez okno przyklejając do niego całą swoją twarz. - Będą kłopoty - uśmiechnął się szeroko. - W sensie, Rose będzie mieć kłopoty.
Szczerzył się szeroko i obserwował uważnie jak Everly idzie w stronę Hellhouse'u, jednocześnie co chwila zerkając do salonu, gdzie nadal stał Rudy i zastanawiał się, co ma zrobić. Wywnioskować można, że Slasho'wi naprawdę porządnie się nudzi, co oznacza, że do akcji wkroczyć musi Mandy z jakimś zadaniem, na przykład mycie okna, bo Hudson je delikatnie zaślinił... Choć jeszcze lepsze byłoby sprzątnięcie całego domu za karę. W końcu nie powinny go interesować cudze sprawy, a jest nią właśnie to, co zaraz stanie się z Axl'em. Jednak pośmiać się można, raczej, więc...
- O, kurwa, matko kochana... Erin, co tak wcześnie? - dało się usłyszeć z salonu.
Mulat cicho zachichotał, po czym wziął łyka z puszki. Ja tylko przewróciłam oczami i powróciłam do podglądania sceny z pokoju zza drzwi.
- Musiałam wrócić, bo... Will, czy to nie moja bluzka, tam na fotelu?
- Nie...?
Dzień ten nie był dobry dla Rose'a.
- O, kurwa, matko kochana... Erin, co tak wcześnie? - dało się usłyszeć z salonu.
Mulat cicho zachichotał, po czym wziął łyka z puszki. Ja tylko przewróciłam oczami i powróciłam do podglądania sceny z pokoju zza drzwi.
- Musiałam wrócić, bo... Will, czy to nie moja bluzka, tam na fotelu?
- Nie...?
Dzień ten nie był dobry dla Rose'a.
04.02.1986
Pakowałam swoje ciuchy do dużej, czarnej walizki leżącej na łóżku, które było starannie zaścielone. W pomieszczeniu unosił się słodki zapach perfum, którymi kilka minut wcześniej się wypsikałam, teraz flakonik stał na szafce nocnej, która przeżyła już wiele, między innymi upadek z piętra na jednej z imprez. Wtedy właśnie ,,utopiona" została bluzka Erin, co zbytnio właścicielki nie ucieszyło, ale czy ktoś na tym stracił oprócz niej? Axl, fakt, ale on to jakoś przeżył. W końcu ma kontrolę, nad wszystkim. Oprócz siebie, oczywiście, ale czy łatwo jest kontrolować samego siebie? Szczególnie w takim towarzystwie? Nawet ja tego nie potrafię, bo to zbyt trudne. Zbyt wiele pokus tu jest, zbyt wiele emocji, żeby panować nad sobą. Żeby nie wybuchnąć w pewnym momencie. Rose jeszcze jako tako to robi w naszym towarzystwie, ale kiedy zostaje sam z Erin nie wygląda to za dobrze. Jednak... czy ja jestem od tego, żeby wtrącać się w ich życie? Własnie, to ich życie, Everly takie wybrała, więc ma. Ja rezygnuję.
Westchnęłam głośno, po czym wyprostowałam się i położyłam ręce na biodrach. Przez chwilę przyglądałam się swojemu pokojowi i zastanawiałam się, co jeszcze mogłabym zabrać ze sobą. Nie za dużo, nie za mało. W sam raz ma być. Jest nie za dużo, ale chyba za mało, choć ona to już raczej przesada... Felicja to za dużo. Przecież nie spakuję jej sobie do walizki i nie zabiorę do rodziców! A namówić jej też mi się nie uda, nie pozwoli mi za siebie płacić, a poza tym i tak jej teraz nie ma. Siedzi przecież u Tylera, jak zwykle. Ostatnimi czasy nie poświęca mi uwag i czasu... Cholera, nie jestem jakimś zwierzątkiem, że trzeba. Nie potrzebuję jej, może tylko trochę. Troszeńkę, nie więcej.
Zasunęłam suwak, po czym z ogromnym wysiłkiem podniosłam walizkę do góry i postawiłam ją na ziemię. Spakowałam tam pół szafy, a nawet tego było dużo, ale musiałam je zabrać. Chociaż tyle. Nie mogłam przecież pozwolić, żeby skończyły tak jak biedna bluzka Erin. Wymordowałabym ich wszystkich, gdyby moje ulubione ubrania... Ugh, dlatego je ze sobą biorę.
Kopnęłam butelkę leżącą na podłodze i obserwowałam jak poturlała się aż pod żółtą ścianę. Delikatnie o nią puknęła, po czym się zatrzymała. Posłałam jej niemiłe spojrzenie, a po chwili byłam już wraz z moją walizką na schodach. Starych schodach, które skrzypiały w każdym miejscu i właśnie dlatego nigdy nie możemy się skradać. No i nikt się do nas nie włamie, tam, na górę, bo słychać będzie. Są plusy. Ale minusy też, bo ktoś wyskoczył z pokoju...
Kopnęłam butelkę leżącą na podłodze i obserwowałam jak poturlała się aż pod żółtą ścianę. Delikatnie o nią puknęła, po czym się zatrzymała. Posłałam jej niemiłe spojrzenie, a po chwili byłam już wraz z moją walizką na schodach. Starych schodach, które skrzypiały w każdym miejscu i właśnie dlatego nigdy nie możemy się skradać. No i nikt się do nas nie włamie, tam, na górę, bo słychać będzie. Są plusy. Ale minusy też, bo ktoś wyskoczył z pokoju...
- Nat, gdzie ty leziesz z tą walizką? - Steven uniósł brwi do góry, a na jego twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia, który swoja drogą dosyć często na niej gościł.
- Przed siebie - odpowiedziałam krótko, po czym go wyminęłam i ruszyłam w stronę drzwi wyjściowych, które zachęcająco wyglądały w świetle ledwo świecącej lampki.
Adler został już na schodach i dalej za mną nie szedł, więc w spokoju mogłam zarzucić na siebie czerwoną, skórzaną kurtkę i opuścić Hellhouse, z czego bardzo się ucieszyłam. Nie spędzę tu w końcu całego życie, o nie. Trochę wolnego nie zaszkodzi, kiedyś trzeba sobie zrobić mały urlop od tego wszystkiego. Od chłopaków w szczególności, a że głównie od Stradlina to nie wspomnę. Nie da się tam po prostu wytrzymać; jak nie ciągłe kłótnie Axla i Erin, które, jak myślą, ukrywają przed nami, to Jeffrey zachowujący się jak mój cień. Odkąd Steven powiedział mu, że musi walczyć do upadłego, on zaczął to naprawdę wprowadzać w moje jak i w swoje życie. I walczy, łażąc za mną i przepraszając mnie za wszystkie zdrady i takie tam bzdury, których ja i tak pod uwagę nie biorę. Ja chyba nie potrafię z nim, po prostu, żyć w zgodzie, w normalnym związku. W taki, w którym partnerzy są sobie wierni, to chyba nie dla nas. Nie w tym połączeniu. Co z tego, że kocha, jak nie wychodzi?
Dumnie kroczyłam ciemnymi ulicami, stukając czarnymi szpilkami i uśmiechając się sama do siebie. Ciągnęłam za sobą czarną walizkę na kółkach, która wydawała trochę głośniejsze odgłosy niż ja sama bym chciała, jednak zwracało to na mnie uwagę ludzi przechodzących nawet po drugiej stronie ulicy, co mnie cieszyło. Co z tego, że to przez walizkę, ważne że się patrzą. W końcu nie jestem byle kim, żeby się nie patrzyli. Oni muszą się patrzeć, czy tego chcą czy nie.
Przechodziłam obok jednego z barów, kiedy to usłyszałam muzykę dobiegającą z niego. Mój uśmiech aż się powiększył, kiedy do moich uszów dotarł głos Bryan'a Adams'a. Przymknęłam na chwilę oczy i zwolniłam kroku, aby chociaż trochę usłyszeć lepiej Heaven.
Dumnie kroczyłam ciemnymi ulicami, stukając czarnymi szpilkami i uśmiechając się sama do siebie. Ciągnęłam za sobą czarną walizkę na kółkach, która wydawała trochę głośniejsze odgłosy niż ja sama bym chciała, jednak zwracało to na mnie uwagę ludzi przechodzących nawet po drugiej stronie ulicy, co mnie cieszyło. Co z tego, że to przez walizkę, ważne że się patrzą. W końcu nie jestem byle kim, żeby się nie patrzyli. Oni muszą się patrzeć, czy tego chcą czy nie.
Przechodziłam obok jednego z barów, kiedy to usłyszałam muzykę dobiegającą z niego. Mój uśmiech aż się powiększył, kiedy do moich uszów dotarł głos Bryan'a Adams'a. Przymknęłam na chwilę oczy i zwolniłam kroku, aby chociaż trochę usłyszeć lepiej Heaven.
Stałam tam jeszcze przez chwilę, po czym uśmiech zrzedł mi z twarzy. Widocznie jeszcze nie spotkałam osoby, która zmieni mój świat. Bo Izzy... On się nie liczy, jedyne co ze sobą wniósł to... to głupie uczucie, na które nie zasługuje. Jeff nie zasługuje na to, żebym go kochała, nie ja. Nie sprawił, że... Sprawił, kurwa. Tylko dlaczego? Dlaczego on? Przecież my nie powinniśmy być razem, nawet jeśli pojawiło się coś między nami, to nie. Tak być po prostu nie może. Musimy radzić sobie bez siebie, a dobrym początkiem będzie kilkutygodniowy wyjazd, który sobie pięknie zaplanowałam.
Ruszyłam dalej w drogę przed siebie, bo jednak wyglądało to tak jakbym zacięła się w trakcie drogi. Bilet miałam dopiero na jutro, więc mogłam robić co tylko chciałam przez całą noc, oby z dala od Hellhouse. Warunek był jeden i kilka pięknych godzin przede mną. Co robić, gdzie pójść? Nie mam tak naprawdę gdzie, ale wrócić, nie wrócę. Na pewno. Nie mogę i nie zamierzam, nigdy w życiu. Już wyszłam i wrócić nie mogę. Nie teraz.
_________________
Wiktoria już jest i składa wyjaśnienia.
Nie było mnie przez tyle czasu z uwagi na to, że:
Miałam w domu przemeblowanie, remont, wszystko na raz i trwało to dwa tygodnie. Nie miałam wtedy dostępu do komputera, a potem Brandi'emu pogorszył się stan zdrowia i było trzeba jechać do weterynarza, jak się okazało ma problemy z sercem, dlatego był taki stan lekkiego załamania. Bierze leki i niby już się mu polepszyło, więc uznałam, że mogę w pewnym sensie wrócić. Jednak kiedy miałam zamiar coś napisać, to okazało się, że nie potrafię nic z siebie wykrzesać, bo jestem zbyt leniwa. Poza tym, w dni szkolne wracam do domu po godzinie 18, najwcześniej, więc nie ma zbytnio czasu, bo przecież trzeba obejrzeć Strażnika Teksasu i Ukrytą Prawdę... Ale dzisiaj uznałam, że CHYBA dam radę, no i powstał rozdział 29.
Przepraszam za nieobecność, ale nie mogłam tego przewidzieć. ;___;
A teraz coś o rozdziale - Nie mówię tego dlatego, że wszystko, co napiszę mi się nie podoba, ale po prostu uważam, że jakoś nie wyszło. Zbyt długa przerwa, ale teraz będzie tylko lepiej. Obiecuję.
Jeśli chodzi o wasze blogi, to ja to nadrabiam, a przynajmniej staram się. Przepraszam jeśli to potrwa długo, ale po prostu zrobiły się straszne zaległości. ;____;
Teraz mogę się już z Wami pożegnać (jeśli ktokolwiek tu został) i powiedzieć, że Was kocham. ;___;
