poniedziałek, 1 września 2014

I Don't Want To Miss A Thing 19

Do gadania na początku za dużo nie mam, bo dopiero na końcu się rozpisałam.
Tsa... A teraz domyślajcie się kogo to perspektywa, ha.
Z dedykacją dla Rocky!
Kochana, Steven i tak jest mój! I nawet się nie wysilaj i nie mów, że jest inaczej. XD

______________________________

Siedziałam obok niego na łóżku i udawałam, że interesuje mnie film lecący w telewizji. Tak naprawdę to miałam gdzieś to, co się w nim działo. W tym momencie moje myśli ciągle zajmowało zdarzenie sprzed półgodziny, a dokładnie słowa Stevena. Powiedział, że nic do mnie nie czuje, a wcześniej chciał mnie przelecieć. Czyli, że tak naprawdę nie chodzi mu o przyjaźń tylko o... seks? Czyli, że chce mnie tylko przelecieć? I jak dostanie co chce, zostawi mnie i zerwie kontakty...? A jeśli to wszystko jest prawdą? On udaje, że mnie lubi...?
 Odwróciłam głowę w jego stronę i spojrzałam na niego. Wzrok miał wbity w telewizor, widocznie zainteresował go film. W ustach przeżuwał jakieś chrupki. Śmiesznie przeżuwał. Nie, w pewnym sensie nawet słodko wygląda. Ale czy on może udawać tą całą sympatię do mnie? Przecież tyle razy mówił mi, że jestem jego przyjaciółką, że mnie kocha, że jestem dla niego najważniejsza. Kurwa, czy on udaje?!
 Zorientował się, że od pewnego czasu przyglądam się mu i sam również zaczął się na mnie patrzeć. I tak się patrzyliśmy, aż w końcu on zaczął się śmiać, po czym pocałował mnie w czoło. Powiedzieć mu co myślę, czy raczej nie? Zawsze mu wszystko mówię, ale teraz... Teraz po prostu nie. Zresztą moje rozmyślenia zaraz się skończą, bo przyjdą chłopacy z Europe.
 Zerknęłam od niechcenia na telewizor i westchnęłam. Oparłam głowę o klatkę piersiową Stevena i przymknęłam oczy.


***


Siedzieliśmy w salonie z resztą tych... Ludzi. Lubię ich, ale aktualnie nie mam po prostu ochoty na widzenie się z nimi. A w szczególności z Bon Jovi'm. Niestety okazało się, że wspaniałomyślni panowie z jego zespołu wpadli na pomysł, aby odwiedzić Europe i jakoś tak wyszło, że razem sobie tu przyszli. Zajebiście. Po prostu zajebiście. A na dodatek Jon ciągle bajeruje Faith tymi swoimi uśmieszkami i tekstami. Nie, nie jestem zazdrosny. Po prostu się o nią martwię, nie powinna być z kimś takim jak on - z rockmenem, który myśli tylko o "dobrej zabawie". Dlatego właśnie nie powinna być ze mną... Nie, nie ma nawet takiej możliwości, bo żeby z kimś być trzeba się kochać, tak? A ja... A ona raczej nic do mnie nie czuje, na pewno.
 Pociągnąłem kolejny łyk piwa i patrząc z nieukrywaną złością na Jona i Faith zapaliłem papierosa. Nie odzywała się do mnie prawie wcale od czasu, kiedy powiedziałem jej, że nic do niej nie czuję. Wszystko poszło nie tak jak chciałem. Sam już, kurwa, nie wiem co czuję. Joe powiedział mi kiedyś, że nie potrafię kochać i że nadaję się tylko do tego, aby przelecieć laskę i ją zostawić. Faith chyba też tak uważa... A jeśli rzeczywiście tak jest? Nie no, kurwa, potrafię kochać! 
- Tyler, podpalasz nam dywan. - usłyszałem głos Slasha gdzieś zboku.
Odwróciłem głowę w jego stronę, po czym spojrzałem tam gdzie on się gapił. Dywan się jarał. Jarał się przez mojego papierosa, którego trzymałem prawie, że na podłodze. Kurwa...
 Wszyscy zwrócili wzrok w moją stronę. Podniosłem rękę do góry, zabierając papierosa od zaczynającego się dymić dywanu. Uśmiechnąłem się krzywo, podniosłem się na równe nogi i zacząłem butem gasić mały płomień. 
- Już po sprawie. - odparłem i usiadłem z powrotem na swoje miejsce.
- Mój dywan! - wykrzyknął przerażony Adler. On to ma, kurde, zapłon. 
Reszta jednak go nie słuchała i powrócili do grania w karty. Trochę niewygodnie na tej podłodze... Podniosłem mój zgrabny tyłek do góry i poszedłem usiąść na kanapie obok Erin. Dziewczyna nawet nie zwróciła na mnie uwagi i dalej ględziła o czymś z Natalie, która za to chociaż się uśmiechnęła na mój widok. Prawidłowo. Przecież mi na Faith zależy, tak? A może nie? Kurwa, no. To w końcu jest dla mnie ważna, czy nie?! Tak... Tak, jest. 
 Westchnąłem i podparłem głowę na ręce. Siedziałem tak przez jakiś, aż w końcu podszedł do mnie Duff i podał mi wódkę. Potem chłopacy przestali grać w karty i zaczęła się prawdziwa impreza. Nareszcie...


***


Nancy jak zwykle krzątała się po wielkiej kuchni w Neverland'zie. Cały dzień była zabiegana i miała mało czasu, bo wielka i wszechmogąca Lily Thompson rządziła. Raz wyciągnęła ciasto z piekarnika, potem znów je włożyła, a na sam koniec wywaliła je całe na Quentina. Oczywiście przez przypadek, choć po niej to wszystkiego można się spodziewać. Obydwoje nie cieszyli się zbytnio ze ślubu Michaela i Lily, ale czy ktoś się cieszył? 
- Nie zastawiaj mi drogi, grubasie! - krzyknęła Nan, której na drodze stanął ochroniarz.
Ten, o dziwo, usunął jej się z przejścia i ze smutnym wyrazem na twarzy wszedł do kuchni, aby zjeść resztki ciasta, które leżały na blacie. Zaskoczona kobieta wróciła się z powrotem i stanęła przed Quenem patrząc na niego dziwnie. Po chwili wyrwała mu z ręki kawałek ciasta i odłożyła na talerz.
- Quentin, ale ty dobrze się czujesz, tak? - zapytała.
- No właśnie, nie - usiadł na krześle przy stole. - Zobacz, zaraz ja i ty zakończymy pracę, bo Lily nas stąd wywali, a dobrze wiesz, że Mike jej ulegnie. Nie chodzi mi już nawet o mnie i posadę, chodzi mi o Michaela. Zmarnuje się przy niej.
Szatynka westchnęła i usiadła na krześle obok. Pokręciła głową i spojrzała w kierunku salonu, w którym siedzieli Jackson i Lily. 
- Masz rację. I wiesz, co? Nie zamierzam na to patrzeć, mam jej dość...
- Nancy, nie żartuj. Chyba nie chcesz się zwolnić? Nie możemy zostawić Mike'a samego - w tym momencie wskazał głową w kierunku Thompson. - Z nią.
Spojrzała na niego ze smutkiem. Siedzieli w ciszy, obydwoje myśleli nad tym, co się stanie kiedy oni w końcu się pobiorą. Czy będzie jeszcze gorzej niż teraz? Czy zostaną zwolnieni? Czy Thompson zostawi Michael'a poty, jak dostanie od niego trochę więcej pieniędzy? 
 Quentin zastanawiał się jeszcze nad jedną sprawą. A mianowicie, czy Lily upozorowała porwanie, żeby dostać kasę od Jacksona? To pytanie dręczyło go już od kilku dni. Nie mógł tak po prostu dać sobie z tym spokoju. Od początku wiedział, że jest ona z jego szefem tylko dla pieniędzy, ale czy zdolna by była do takich rzeczy?
 Do pomieszczenia wszedł uśmiechnięty Michael, a wraz z nim Lily. Ochroniarz powstrzymał Nancy przed skoczeniem na Thompson i zabiciem jej patelnią, ponieważ na jej widok, aż wstała z krzesła.
- Postanowiliśmy, że w podróż poślubną pojedziemy na Hawaje. - oznajmił Jackson.
Jego narzeczona uśmiechnęła się sztucznie i przytaknęła.
- Podczas gdy nas nie będzie, Wy macie zadbać o dom i przypilnować, żeby nic nie zginęło. - powiedziała. - I Nancy, posprzątaj ten bałagan. - wskazała na blat kuchenny.
Gosposia wywróciła oczami i poszła posprzątać resztki ciasta z blatu. W tym czasie narzeczeni zdążyli ulotnić się z kuchni. 



***


Rozmawiałam z Jon'em, który od pewnego czasu do trzeźwych nie należał. W porównaniu z resztą miał słabą głowę, bo już nawet Mandy wypiła więcej od niego i jakoś się trzyma. Dobra, to Mandy, ta to potrafi wszystko. Uśmiechałam się do niego sztucznie, aby chociaż udawać, że rozumiem co on tam gada. Cały czas jednak obserwowałam resztę, czy aby na pewno impreza nie wymknęła się spod kontroli. I niestety wymknęła się, chłopacy poszli ćpać. 
 Westchnęłam ciężko, kiedy zauważyłam, że Tyler również wybrał się w podróż z woreczkiem kokainy. Odwróciłam głowę w jego stronę i odprowadziłam go wzrokiem, po czym pociągnęłam łyk piwa. I potem znów będą awantury, jak się wszyscy naćpają, a na pomoc Bon Jovi'ego raczej liczyć nie mogę... Ok, rozumiem, że... Nie, nie rozumiem. Czy oni nie rozumieją, że przez te narkotyki niszczą się?!
 Spojrzałam na śpiącego już Jon'a i podniosłam się z podłogi, na której siedzieliśmy. Nie zamierzam mu pomagać, czy coś, niech śpi na ziemi. Przynajmniej mamy dywan. Kątem oka zauważyłam jak Natalie przystawiała się do Joey'a. Wywróciłam oczami i ruszyłam w ich kierunku. Usiadłam obok i sięgnęłam po butelkę Jack'a Daniels'a stojącą na stoliku.
- Ee... Nat, ja źle się czuję i wiesz, nie mam ochoty... Na seks, no. - powiedział w pewnym momencie Tempest, a ja parsknęłam śmiechem.
Natalie strzeliła buraka, ale po chwili jakby się opanowała i podniosła się na równe nogi. Odwróciła się na pięcie, a idąc w stronę łazienki rzuciła tekst w stylu:
- Nie o to mi chodziło, faceci...
Ja nadal się śmiałam, a Joey patrzył się na mnie jakby coś mi się stało. Na widok jego miny zaczęłam śmiać się jeszcze bardziej, aż ukryłam twarz w jego ramieniu. Procenty robią swoje i niektóre rzeczy po prostu wydają się zabawniejsze...
- Faith, ale wszystko w porządku? - zapytał niepewnie.
- Mhm - pokiwałam głową i podniosłam ją do góry. - Bardzo.
Blondyn pokiwał głową. Ech, czy ja już mówiłam, że go uwielbiam? Jeśli nie, to teraz to mówię. No przecież jest przesłodki, haha, jak tu go nie uwielbiać?... Ej, trochę już za dużo się dzisiaj wypiło. Koniec z tym. 
 Odłożyłam butelkę na stół, ale po chwili została schwytana przez Slasha, który widocznie wrócił ze wspólnego ćpania. Jak się okazało wszyscy już wrócili i teraz siedzieli, leżeli, a nawet niektórzy stali w salonie. Tłocznie trochę się zrobiło. Tylko naprawdę, po co im to ćpanie? Uszczęśliwia ich to? Może chwilowo, ale nie na dłużej, bo to szkodzi, a nie pomaga. Ale oczywiście Wielcy panowie wiedzą lepiej, wolą się przecież niszczyć. Nie, dobra, mam dość.
 Wstałam z kanapy i skierowałam się na górę, czym zostawiłam Joey'a na pożarcie przez tych idiotów. Biedaczek. 
 Kiedy byłam już na górze w swoim pokoju, zaczęłam przegrzebywać go w poszukiwaniu piżamy, która gdzieś się tu zagubiła. Głupi Steven, zawsze robi tu bałagan, tak, bo to on... Gdy ją znalazłam, poszłam do łazienki umyć się. Ale tak w ogóle, to która godzina, że ja już spać idę? Zerknęłam na zegarek stojący na szafce. Działał dzięki Izzy'emu, tak wspomnę, ach ten dzielny majsterkowicz. 
 Gdy wyszłam z łazienki przekonałam się o tym, że mogłam jednak zamknąć drzwi od pokoju na klucz, bo na łóżku leżał uśmiechnięty Tyler. Uśmiechnięty i naćpany. Czego on tu, do cholery, chce?! Nie chce mi się z nim gadać, przecież jemu zależy tylko na tym, aby mnie przelecieć, chyba...
- Czego tu chcesz? - zapytałam z udawanym spokojem.
Wstał z łóżka i podszedł do mnie. Na twarzy nadal miał ten swój pijacki uśmiech. Spojrzał na mnie swoimi przećpanymi oczami i dotknął ręką mojego policzka. Zmarszczyłam brwi i wykrzywiłam twarz w grymasie niezadowolenia, po czym zabrałam jego rękę. 
- Ciebie chcę. - wyszeptał.
Gdybym nie wiedziała, że tyle wypił i gdybym nie widziała jego oczu, pewnie bym się ucieszyła albo go zbluzgała za to co powiedział, ale wiedziałam w jakim jest stanie, dlatego uznałam, że tylko tak gada. Poza tym kiedy był jeszcze trzeźwy... Chyba był wtedy trzeźwy... Powiedział, że nic do mnie nie czuje, więc mam wierzyć temu mniej pijanemu Steven'owi czy temu naćpanemu i schlanemu? 
 Pokręciłam głową z niedowierzaniem i wyminęłam Tyler'a. Trochę zdziwiony ruszył za mną. Kiedy ja usiadłam na łóżku, on też to zrobił. Kurwa, niech się odczepi. Zachowuje się tak, jakby nie mógł iść sobie chlać z resztą. A no tak... Jest pijany i naćpany, będzie mnie napastować tak, jak zawsze po narkotykach i innych używkach. Zawsze tak, kurwa, jest. Naćpa się, a potem by tylko pieprzył, a ja niestety jestem na jego celowniku. W sumie to już nawet jest normalne, przecież i tak mnie nie tknie. Będzie się tylko przystawiać. 
 Westchnęłam i spojrzałam na niego. Kiedy tylko to zrobiłam i poświęciłam mu tylko troszeczkę uwagi, wyszczerzył się jeszcze bardziej. Jak małe dziecko... Ale to też normalne, Steven jest bardziej takim wyrośniętym dzieckiem niż dorosłym facetem. 
 Popchnął mnie delikatnie na poduszki i usadowił się nade mną. Dobra, był chociaż delikatny. Śmierdziało od niego mieszanką papierosów, alkoholu i perfum. Zwykle tak pachnie, ale teraz zalatuje wódką i to właśnie drażni...
- Kocham cię, kocie, wiesz? - szepnął mi do ucha.
- Tak, tak, wiem.
Kiedy był w takim stanie, to lepiej nawet z nim nie dyskutować, a co dopiero wierzyć. Odwróciłam głowę w drugą stronę, kiedy zbliżył swoje usta do moich. 
- Ale ja cię kocham tak naprawdę, tak bardzo mocno. 
Te jego, kurwa, wyznania... Czemu ja tak w ogóle sobie na to pozwalam?! Bo co? Bo boję się, że go zranię, jeśli powiem mu, żeby sobie poszedł, nawet jeśli to co mówi nie jest prawdą?!  Bo przecież prawdą to, to nie jest, do cholery. Gada tak, bo się schlał. A ja mu jeszcze pozwalam na cokolwiek.
 Odepchnęłam go od siebie, na co spojrzał na mnie z zaskoczeniem. Jednak po chwili przysunął się jeszcze raz, lecz spotkał się z kolejnym protestem z mojej strony.
- Steven, zostaw mnie - powiedziałam. - Pierdolisz głupoty, bo jesteś pijany. Obydwoje dobrze wiemy, że ty nic do mnie nie czujesz i, że ja do ciebie też nic nie czuję. 
Obrzucił mnie spojrzeniem pełnym żalu i wstał z łóżka, przez co zachwiał się i przewróciłby się gdyby nie szafka nocna, na której się podparł.
- Masz rację, pierdolę głupoty - oznajmił oschle. - Bo okazywanie uczuć, to dla ciebie głupoty, tak?
- Jakich uczuć?! Jesteś pijany! - krzyknęłam. 
Bredzi. Ciągle tylko bredzi. Gada o czymś czego nie ma i czego nigdy nie będzie. Przecież on mnie nie kocha i jedyne co nas łączy to przyjaźń, tak? Dość tego, niech w końcu przestanie kłamać, bo go normalnie pierdolnę. Jeśli jest to tylko jedna z tych jego gierek, żeby mnie przelecieć to niech spierdala.
- Mam cię dosyć, rozumiesz? - zapytałam.
Mogła go to trochę zaboleć, wiem, ale już po prostu nie mogę. Nie chcę go. Nie chcę go. Nie chcę go. A może jednak chcę? Nie, nie chcę go.
 Spojrzał na mnie tymi swoimi smutnymi oczami. Przećpanymi, ale smutnymi. Cholera jasna, nie mogę mu współczuć i pokazać, że nie chcę, żeby się smucił. Nie wiem czemu to zrobiłam, ale kazałam mu wyjść. Na początku nie posłuchał się, ale po chwili rzucił mi wściekłe spojrzenie i wyszedł trzaskając drzwiami. 



***


Byłem wkurwiony. Nie na nią, tylko na siebie. Co ja w ogóle robię?! Teraz to jej się nawet na oczy nie pokażę. Cholerne, narkotyki. Nie, narkotyki są dobre, przecież to one mi pomagają w ciężkich chwilach, tak? To nie przez kokę tylko przez moją głupotę. Najpierw jej mówię, że nic nie czuję, co raczej jest, kurwa, prawdą, a potem przyłażę do niej i pierdolę, że ją kocham. Człowieku, zdecyduj się. Możesz mieć każdą, a przystawiasz się do byle jakiej laski, która cię nawet nie chce. Mnie. Mnie, Stevena Tylera. No, do cholery, jak można mnie nie chcieć?! Ale po co ja się w ogóle denerwuję? Przecież ja nic do niej nie czuję, już to mówiłem... Prawda? 
 Zszedłem na dół, gdzie siedziała reszta tych jełopów. "Przypadkowo" nadepnąłem na rękę Jona i wyszedłem z Hellhouse. Uderzyło mnie zimne powietrze, dzięki któremu trochę się orzeźwiłem. Co ja robię? Śmieszne, zadaję sobie to pytanie po raz drugi. Przecież ja jej nie kocham, a jeśli chcę poruchać, to mogę iść na dziwki. Kasę w końcu mam. Nie, tu nie chodzi oto, że chcę ją przelecieć. To coś, kurwa, więcej. Ja po prostu pragnę tego, aby była przy mnie. Ale ona mnie nie chce widzieć. W sumie to się jej nie dziwię... Chciałem się z nią przespać i ją do tego zmuszałem już kilka razy. To co ja w końcu czuję? Nie wiem, do kurwy nędzy.
 Cholera czy to musi być takie trudne?


_____________________________

Koniec. Cholerka, myślałam, ze już tego nie skończę. I na dodatek znowu wstawiam prawie o 18, choć jak wstawię to będzie już po 18... Jak możecie się domyślić rozdziały będą pojawiać się tylko raz w tygodniu, bo mój szkolny grafik jest do dupy. ;_; Przynajmniej aż tak wcześnie nie muszę wstawać... Teraz. Potem zacznie się dojeżdżanie autobusem, co równa się wczesnemu wstawianiu, aby na ten autobus zdążyć.
Chciałabym serdecznie podziękować za komentarze pod pierwszym rozdziałem Show Me Heaven ♥
Jak zawsze, zapraszam Was do komentowania!