piątek, 3 października 2014

Epilog - Do zobaczenia...?

      
Tutaj, na tym cholernym początku, nie wiem co mam powiedzieć. Jak już wiecie jest to już koniec tego opowiadania. Dla mnie jest to smutne, a dla Was...? Nie wiem, po prostu jak sobie uświadomię, że już nigdy nie napiszę nic z POMH to tak jakoś dziwnie się czuję. Opowiadanie umarło, niestety... Nic tu już nie będę gadać, bo na końcu tyle tego walnęłam, że szkoda gadać. 
Teraz nadejdzie magiczne słowo, którym zakomunikuję Wam, że to już koniec. Że możecie już ten koniec przeczytać, że już nigdy nic raczej o tej historii nie przeczytacie. Trochę smutne, jak dla mnie. A więc...
Zapraszam do czytania!

Z dedykacją dla Estranged, która pomogła wymyślić zakończenie! Wyjaśnienie na końcu.

______________________________
    

      - Wiedzieli państwo, że pani Hunt była w ciąży? 
Te słowa zapadły w mojej pamięci. Powtarzałem je w kółko i w kółko. Może nawet gdybym chciał przestać, nie potrafiłbym tego zrobić. Ta wiadomość była dla mnie ogromnym zaskoczeniem i ciosem prosto w serce, już drugim dzisiejszego dnia. A jeśli było to moje dziecko? A może jednak nie? Przecież spałem z nią, tak?! Dlaczego mi nic nie powiedziała? Bała się mi powiedzieć...? Mi? Swojemu najlepszemu przyjacielowi? Dlaczego? Dlaczego tyle rzeczy musiało wydarzyć się na raz? 
 Spojrzałem na Joe'go, który swoją postawą nie wyrażał żadnych emocji i otarłem łzy spływające po moich policzkach. Po prostu sobie stał i tyle. No nie, wgapiał się jeszcze w tego całego lekarza. Jak on się nazywał? A zresztą i tak nie pamiętam, w porównaniu z tym co się stało, to akurat jest mało ważne. Ale ten Joe, to naprawdę zachowuje się jak skurwiel bez serca. No kurwa, czy do niego w ogóle dotarło to, co się stało?! Kurwa, czy on ją, do cholery, kochał?! Raczej, kurwa, nie, bo zachowuje się tak jakby była dla niego obojętna.
 A ja? Co ja robię? Ja, kurwa, płaczę. Płaczę, jak baba, cholera jasna. Przecież to on powinien cierpieć w tym momencie nie ja, ale w końcu... Kochałem ją. Kochałem, nadal kocham i kochać nie przestanę. Pomimo tego, że jej już nie ma... Przeniosłem wzrok na jednego z tych ciot z karetki. Na tego, co mi przywalił, bo naskoczyłem na lekarza. Sam nie wiem dlaczego to zrobiłem. Po prostu chciałem, żeby ją ratowali, a niestety, było już za późno. W ogóle to przyjechałem tu za późno. Podobno jeszcze żyła, kiedy karetka przyjechała, a ja? A mnie, cholera jasna, za późno poinformowali. Kurwa, no. 
 Zorientowałem się, że Perry przygląda mi się od pewnego momentu. Patrzył jak beczę, kurwa. Pociągnąłem nosem i jeszcze raz otarłem łzy, które napływały mi do ust. Posłałem mu gniewne spojrzenie. Nie dosyć, że nie żyje jego dziewczyna, to jeszcze prawdopodobnie jego dziecko. Po prostu chyba go zaraz zapierdolę. Zapierdolę go za tą obojętność, za to, że w ogóle się nie przejął. Znam go przecież dobrze, wiem kiedy się naprawdę przejmuje. Ja go, kurwa...
 Nie wytrzymałem. Rzuciłem się na niego z pięściami. Poszło kilka kopniaków i uderzeń z pięści. Trochę krwi. Siniaki też po tym zostaną, ale należy mu się. Mi też zresztą. Poza tym musiałem się wyładować. 
- Kocham ją, słyszysz?! - krzyknąłem mu prosto w twarz, kiedy przycisnął mnie z całej siły do ściany.
Dostałem za to. Dostałem w twarz, a za co? Za to, że kocham jego dziewczynę, która nie żyje. Którą, on prawdopodobnie nie kochał. Kopnąłem go w jaja i kontynuowałbym tą 'zabawę', gdyby nie ten gbur z karetki, i Tom. Hamilton tak nagle znalazł się w szpitalu... Co, do chuja pana, on tu robi?! Odwróciłem głowę i zobaczyłem jak Kramer odciąga ode mnie Joe'ego, który chciał mi oddać.
 Zacząłem się wyrywać. Dlaczego ona, kurwa, nie żyje?! Ja chcę, żeby ze mną była, tu przy mnie, obok. Żeby mnie teraz przytuliła i powiedziała, że będzie dobrze, bo będzie, prawda? Nie, nie będzie. Co ja mam teraz ze sobą zrobić? Jeśli ona nie żyje, to ja też nie mam po co...
- Steven, uspokój się, do cholery! - wydarł się na mnie Tom.
Odwróciłem głowę w jego stronę i spojrzałem mu w oczy. Zobaczyłem w nich współczucie. Współczuł mi, a nie powinien... Przecież to oznaka, że jestem słaby. No kurwa, jestem, bo płaczę nawet teraz, kiedy patrzę się na niego. Po chwili podeszła do mnie Nicole, a ja nie patrząc na to co powie Hamilton, wtuliłem się w nią. Pogłaskała mnie po głowie i zaczęła szeptać, żebym się uspokoił. Nie mogłem. Przecież ja już jej nigdy nie zobaczę... Trząsłem się tylko od ciągłego płaczu. Wstyd. Cholera, co za wstyd. Zachowuję się jak baba.
 Oderwałem się od niej i nie patrząc na innych po prostu wyszedłem z sali, a potem ze szpitala. Kiedy poczułem na sobie ciepłe powietrze lata, ostatecznie przestałem płakać, aby ludzie tego nie zauważyli. Sam nie wiedziałem, gdzie idę. Szedłem sobie tak po prostu, przed siebie, aż nie znalazłem się koło baru, w którym pracowała Hope. Co mi szkodzi wejść i się nachlać? Zapomnieć...? Nie, nie da się o tym zapomnieć. Ja chcę, żeby ona wróciła! I mam to w dupie, najwyżej kiedyś tam poślą mnie do wariatkowa. Teraz mogę bredzić o tym, że ona wróci, bo wróci, prawda...? Błagam, niech ona do mnie wróci, przecież ja ją kocham...



Październik 1978 roku, Los Angeles...

     Wpatrywałem się w Brada, który zasypywał 'grób' piachem. Potem skierowałem wzrok na te wszystkie rozkopane kwiatki, o które tak Cyrinda dbała. Westchnąłem i otarłem łzy. W moim popierdolonym życiu był to drugi pogrzeb, na którym płakałem. Oczywiście, jeśli to można nazwać pogrzebem. Straciłem kolejną ważną osobę w moim życiu. Tak, Lennon może był psem, ale jednocześnie częścią rodziny. W sumie to straciłem już wszystkich. Hope, potem Joe, a teraz Lennona.

 Od śmierci blondynki minęło osiem lat i udało mi się je jakoś przeżyć. Cudem, ale udało się. Pewnie gdyby nie chłopaki i pies, dawno bym już leżał na cmentarzu. Cyrindy do tego nie zaliczam, bo ona... Nawet jej nie kocham. Sam nie wiem dlaczego z nią jestem. Choć kiedyś trzeba się ustatkować, a mam w końcu już trzydzieści lat. A teraz? Teraz to już nawet nie mam dla kogo żyć, śmieszne, ale niestety to prawda. Żyłem tylko i wyłącznie dlatego, że Lennon żył. Od śmierci Hope wszystko robiłem właśnie z nim. Chodziłem na cmentarz... Codziennie. Nadal tam chodzę, ale odkąd jestem z Cyrindą musiałem ograniczyć te odwiedziny do trzech razy w tygodniu, niestety...
 A Joe? Może i ostatnio układa nam się lepiej, ale to nie to samo co kilka lat temu. On też ma nową kobitę. Elyssę. Taka wkurwiająca suka z osiedla. Poznali się w warzywniaku, normalnie prawdziwa miłość. Teraz starają się o dzieciaka, ale jakoś im nie wychodzi... Sam też chciałem mieć dzieci, ale nie mam z kim, bo z Cyrindą nie chcę. Chciałem je mieć tylko z jedną kobietą na tym Świecie i na dodatek miałem dwie szanse, aby to się stało. Niestety, pierwszą schrzaniłem, a drugą... A ta druga... I tą szansę straciłem, i Hope. 
 Mała Katie podeszła do pseudo-grobu Lennona i położyła na nim kwiatka. Uśmiechnąłem się na ten widok. Ta dziewczynka jest taka urocza i mówię to ja, śmieszne. No, ale jak tu nie kochać tej kruszynki z ciemnymi loczkami i ślicznymi, niebieskimi oczkami? Po chwili wróciła z powrotem do swojej matki, czyli Nicole i wtuliła się w nią cicho łkając. Mała też bardzo kochała Lennona, zresztą jak my wszyscy...
 Siedmiolatka spojrzała na mnie ukradkiem, dlatego uśmiechnąłem się do niej. Może i nie jakoś wyjątkowo szeroko i z radością, ale uśmiechnąłem się. Kurwa, jeszcze potrafię się uśmiechać.



***

Grudzień 1978
Droga Alice!

Przepraszam, że zasypuję Cię swoimi listami, pewnie jesteś zajęta mężem i dziećmi. Wiem, że jeden już w tym miesiącu napisałem, ale... Raczej chciałabyś wiedzieć o tym co się stało. Nie wiem czy przyjedziesz, ale powinnaś wiedzieć.
Jak pewnie już wiesz, z moich listów, Lennon nie dawno zdechł, co doprowadziło Stevena do jeszcze większej rozpaczy. W końcu ten pies był dla niego tak, jakby pamiątką po wiesz kim. Poza tym kochał go bardzo. A teraz... Niedawno... Nie wiem, jak Ci to opisać. Może zacznę od początku.
Pod koniec listopada Tyler zostawił Cyrindę, ale to też już wiesz... Potem Joe dowiedział się, że nigdy nie będzie miał dzieci, bo jest bezpłodny. I wtedy właśnie - dokładnie tydzień temu - Perry przyjechał do domu Stevena i pokłócili się. Jak się pewnie domyślasz o Hope i to nienarodzone dziecko. Okazało się, że było ono Tylera. Joe tak się wkurwił, że... Odszedł z zespołu, choć pewnie dowiedziałaś się już z gazet. Wtedy nie wiedzieliśmy z chłopakami, co mamy zrobić, ale teraz, niestety, wszystko jest już jasne. 
Z Aerosmith koniec.
Joe odszedł, a Steven... On... Kurwa, po prostu do mnie to jeszcze nie dotarło... Pewnie i tak już wiesz, ale pomyślałem sobie, że chciałabyś 'usłyszeć' coś od któregoś z Nas. Ale ja... Raczej nie jestem odpowiednią osobą, aby o tym pisać. Po prostu, on był dla mnie jak brat... Właśnie, 'był'.
Wczorajszej nocy Steven popełnił samobójstwo.
Zostawił list z pewnym wyjaśnieniem, dlaczego to zrobił. Powód jest dosyć jasny - tęsknił za Hope. Nie mógł bez niej żyć. Wiesz, dopiero teraz uświadomiłem sobie jak bardzo ją kochał, chyba nawet bardziej niż Joe. Ja... Kurwa.
Dlaczego wszyscy muszą mi to robić?!
Dlaczego odchodzą?! (...)

Twój Joey


***


Jezu, Kurwa, nigdy nie wiem o czym mam pisać, a szczególnie w takiej sytuacji, więc...
No ten, Kochani idioci!

Sam się zastanawiam po co Wam to piszę, mógłbym przecież zrobić to bez żadnego wyjaśnienia, tak po prostu. Ale... Jednak bardzo mocno Was kocham i to dlatego. Po pierwsze...
Nie jestem żadnym pieprzonym pedałem. To miłość czysto braterska. Chodzi o to, że gdy Wy to będziecie czytać, to mnie już z Wami na tym Świecie nie będzie, cóż, podjąłem taką decyzję i musicie się z nią pogodzić. 
Przejdźmy do rzeczy... Boże, czuję się jakbym jakiś testament spisywał, a tak naprawdę nie mam niczego. No może oprócz tej kasy... I willi z basenem... I... Nie ważne. To Wy jesteście dla mnie najważniejsi. Tom, Brad, Joey, Joe, Nicole i mała Katy, które nie zostały uwzględnione na początku, bo raczej nie chciałyby zostać nazwane 'idiotkami'. 
Zacznę po kolei, bo na serio WSZYSTKIM z Was coś powiem. W końcu muszę, przecież któreś z Was focha by mogło na mnie strzelić i nie przyjść na pogrzeb... Właśnie, pogrzeb. Nie smućcie się na nim, tylko jakąś fajną imprezkę zróbcie. Wtedy będę zadowolony.
Tom. Hamilton, Ty cholerny zboczeńcu, po pierwsze - przyznaję się. Przeleciałem tą Twoją Becky, wtedy po pierwszym koncercie. Wybacz, no, ale jeśli myślałeś, że jej nie tknę to chyba oczu nie miałeś. Widziałeś jej cycki?! A po drugie... Pilnuj i dbaj o Nicole, i Katie, bo to najlepsze co Ci się w życiu przytrafiło. Mówię prawdę.
Brad, ja Ci muszę tu napisać, że... Jak już do mnie, kiedyś tam w przyszłości, dołączysz to wyprawię Ci taką huczną imprezę, w zamian za tą urodzinową, o której zapomniałem, ok? A poza tym, znajdź sobie chłopie kogoś, bo zostaniesz starym kawalerem, jak ja. Proponuję Rosalie, tą z monopolowego. Ostatnio mi coś o Tobie wspominała. Miła, nawet.
Joey, wiesz co? Może i Ci z Alice nie wyszło, ale... Nie poddawaj się. Przecież jeszcze nic nie jest stracone. Co z tego, że ma męża i dwójkę dzieci? Ona przecież Cię, kurwa, kocha i ja to wiem! Istnieje takie coś jak rozwód, do cholery. Walcz o nią, przecież ona nie kocha tego swojego fagasa, tylko Ciebie. Jedź do niej i uratuj siebie, i ją przed nudną przyszłością.
Joe... Kurwa, no. Przepraszam Cię. Tak wiem, nie mogłem Ci tego powiedzieć prosto w twarz. Jestem tchórzem. Pierdolonym tchórzem. Wybaczysz mi to, bracie? Przepraszam, że przeleciałem Hope, ale... Kochałem ją i kocham nadal. Ciebie też kocham, ale mam dla Ciebie pewną uwagę... ZOSTAW TĄ ELYSSĘ! To jakaś jebana suka, nie pasujecie do siebie. No, mhm, pierdolnięty doradca sercowy się znalazł. 
Nicole, nie pozwól Tom'owi się zaćpać ani zachlać na śmierć. To bardzo ważne, bo Katie musi mieć ojca. Co z tego, że jakiegoś debila, ważne, że ma. A sama Ty... No, muszę przyznać, że byłaś dla mnie bardzo ważna i na ten swój sposób przywiązałem się do Ciebie. Trzymaj się, mała.
A ja? Dlaczego to robię? Powód jest dosyć prosty - Nie chcę Wam życia zatruwać. 
Od śmierci Hope nic już nie jest takie same. Ja już nie jestem tą samą osobą i nawet gdybym chciał nie potrafiłbym zachowywać się tak jak kiedyś, a co gorsza, pokochać inną. Między Nami za dobrze się nie układało, Lennon odszedł, a ja nie mogłem zapomnieć o ukochanej i sam od środka umierałem. Czułem, że nie mam już sił, żeby po prostu żyć, rozumiecie? To już cud, że wytrzymałem osiem lat.
A co z zespołem? A róbcie sobie co chcecie, przecież i tak Joe odszedł, a mnie już nie ma. Albo zrobicie reaktywację w innym składzie, albo po prostu takie coś jak Aerosmith przestanie istnieć. To Wasza decyzja.
Wiec...? 
Kocham Was, pamiętajcie o tym. Bardzo Was kocham. Jezu, będę tęsknić, ale zdania nie zmienię. 
Kurwa, żegnajcie, kocham Was.
Kurwa, chyba będę co chwila powtarzać 'kocham Was'.
Trudno.
KOCHAM WAS, ZJEBY!

Do zobaczenia...?


Steven

_________________________

I to właśnie jest koniec. Może nie piękny i rozczulająca, ale... To już koniec. ;_; I ja pisząc ten list Stevena po prostu się popłakałam. Może dlatego wyszedł taki, a nie inny, czyli jednym słowem taki okropny. Ale w sumie dla mnie to wszystko co napiszę jest okropne, więc pewnie się przyzwyczailiście.
Moje zdanie na temat TEGO już poznaliście. Teraz pogadam sobie ogólnie o Painted On My Heart...
Sama nie wiem jak to się stało, że to opowiadanie pojawiło się tutaj. W sumie to ja miałam tylko taką zachciankę - Młodzi chłopacy z Aerosmith i przyjaciółka Stevena. Nic więcej. Po prostu nudziło mi się, chyba aż za bardzo, i wtedy uznałam, że prolog mogę sobie napisać. O tym opowiadaniu myślałam bardzo długo przed jego opublikowaniem czy napisaniem czegokolwiek i nigdy nie wymyśliłam nic więcej oprócz przyjaźni między Hope a Stevenem. Dopiero później wzięłam się za nie trochę i powstało takie coś. A zakończeń ono miało wiele. Och, strasznie dużo. Tak samo zresztą jak środków i początków. Hope miała niby przeżyć, być z Tylerem i normalnie mega HAPPY wszystko miało być, ale uznałam, że nie. Następna wersja była taka, że będzie ona z Joe już tak do końca życia, ale... Też nie. Obydwa były jak dla mnie za wesołe. W końcu postanowiłam, że kogoś zabiję. I z ta miną mordercy zaczęłam wybierać sobie cel, no właśnie, tylko jaki? I tu z pomocą, wspomnianej już Estranged, postanowiłam, że będzie to Hope. Pewnie sama Es nie wie, jak do tego doszło, no, ale sama wybrała blondynkę jako moją ofiarę. Zapytałam się jej kiedyś kogo bardziej lubi z bohaterów - Stevena czy Hope? Odpowiedziała lub raczej odpisała, że Hope, więc ją zabiłam. Ale jestem w końcu zawodową morderczynią, więc musiałam jeszcze sobie kogoś zabić. Wypadło na Tylera, no cóż, przez to, opowiadanie nie zakończyło się tak kolorowo. Dlatego, dziękuję Ci Estranged!
Teraz tak sobie patrzę na to, co napisałam i uznałam, że jest tego za dużo. Pewnie i tak nie chciało się Wam tego czytać. Teraz jedyne o co mogę prosić, to komentarze. Takie, które podsumowują całą tą historię, bo bardzo chciałabym wiedzieć, co tak NAPRAWDĘ o niej sądziliście.
Chciałabym również podziękować wszystkim, którzy przeczytali to opowiadanie - Dziękuję Wam bardzo, za to, że marnowaliście swój czas na coś takiego, za piękne komentarze i wytrwałość! Również dziękuję i tym czytelnikom, którzy nigdy nie ujawnili się, a przeczytali! 
Tyle ode mnie, wiem, że dużo, a nawet za dużo, ale w końcu jedno z moich dzieci właśnie umarło...
Jeszcze raz - Dziękuję.